Aktualności

Witam Koleżanki i Kolegów !

Pragnę poinformować naszych Członków iż Sponsorem Tytularnym naszego Klubu została Firma HARDY & GREYS DEALER POLAND !
Jednocześnie informuję że w ramach częściowego sponsoringu Firma HARDY & GREYS DEALER POLAND zaoferowała nam możliwość zakupu koszul w cenie 126.10. Jest to 1/3 wartości tych koszul w tzw. detalu.
Koszule można zamówić u Kol. Zdzisława Adamczyka w siedzibie Klubu. Proponuję najpierw przymierzyć koszulę aby nie było niespodzianek, choć, nie ukrywam że rozmiary są „normalne”.

Zgodnie z podjętą Uchwałą podczas posiedzenia Zarządu Krakowskiego Klubu Głowatka, w dniu 21 kwietnia 2010 r, informuję że prawo do nabycia koszul w atrakcyjnej cenie mają tylko członkowie którzy nie zalegają ze składkami członkowskimi !!!!

Pozdrawiam

W imieniu Zarządu KKG

Sekretarz: Jacek Swornowski


Klubowa Wigilia 2009

Dość duża grupa naszych kolegów z klubu wyjechała na rybki już w czwartek z samego rana. Zamieszkała u „Chmiela” dobrze znanej kwaterze na Dunajcem w Sromowcach Wyżnych [ http://wedka.pl/webs/dunajec/ ].Przyjechali aby dobrać się do tych największych główek. Głowatki jednak nie chciały współpracować. Na tych bajecznych streamerach wieszały się za to duże pstrągi, które co dopiero zakończyły swoje gody. W piątek Słowak złowił bardzo dużą głowacicę. Ryba miała 18,20 kg i 128cm długości /miejsce - dobrze znane wszystkim klubowiczom - boisko. Wiadomość ta szybko za pomocą sms'ów rozeszła się po kolegach i jeszcze bardziej zmotywowała do łowienia. Między godziną 13.00 a14.00 nasz kolega Andrzej Kłosowski zapiął, jak on to mówi tramwaj, który robi co chce, a po paru minutach spadł mu z kija i odpłynął niesiony prądem Dunajca. Musiała to być naprawdę duża głowacica.
Zarybienie i sobotni poranek Już od samego rana na Polanie Sosny gromadzili się wierni i oddani klubowicze Krakowskiego Klubu Głowatka , aby siąść do wspólnej wigilii / jest to dla nas ważne , gdyż Jezus urodził się w erze Ryby, oraz co też ciekawe, od 2000 r panuje era Wodnika/i jak to w zwyczaju zarybić Dunajec narybkiem lipienia .Z upływającym czasem dojeżdżały nowe osoby. Większość chowała się w środku restauracji Dwór , bo pogoda na zewnątrz nie sprzyjała. Jednym słowem nastała zima,padał śnieg, temperatura spadła poniżej zera i na dodatek wiał dość silny wiatr Ci co spędzili noc w Chacie Spiskiej i Chacie z Kir na Polanie Sosny kończyli właśnie śniadanie siedząc przy wspólnym stole i rozmawiając o rannych połowach .Tylko Jacek Olesiak pochwalił się że samego rano złowił głowatkę. W trakcie rozmów pojawił się nasz kolega Karol Zacharczyk wraz z kolegą Robertem oraz pies Karola [mieszaniec wyżła i labradora]nasza klubowa maskotka-jak powiedział Wojtek Krasnopolski, zaliczy jeszcze jedna imprezę klubową i zostanie członkiem klubu Głowatka. Gdy tak siedzimy,Karol wyciąga bardzo ładną butelkę o pięknym kształcie którą dostał na urodziny,biorąc ją do ręki zauważam napis A. Hardy więc wszystko jasne to bardzo ekskluzywny trunek dla wędkarskiej braci.
Temat który przewodzi to licznie widziane kormorany ,które przelatują z jeziora na Dunajec .Musimy dobrze wybrać miejsce naszego zarybienia aby nasze lipienie nie skończył jeszcze tego samego dnia w ich żołądkach.
Tematem który wzbudzał wiele pozytywnych wibracji to już wcześniej opisana głowatka . Ilu z nas chciała by mieć coś takiego na kiju nie mówiąc o złowieniu. Jednak Słowacy większą część tych wielkich główek łowią na zestaw z rybką i to jest ich tajemnica sukcesu. Te stare cwane ryby nie zbyt chętnie atakują woblera, prawdopodobnie nie raz i nie dwa były na kiju któregoś z kolegów, dlatego zachowują szczególną ostrożność. Tego samego dnia widziano podobno jeszcze większa głowatkę w tym miejscu ,więc koledzy może w końcu któremuś z was się poszczęści i zaliczy olbrzyma ,królową Dunajca. Gdy tak siedzimy , Duszko nerwowo spogląda na zegarek i zastanawia się , głośno myśląc dlaczego jeszcze nie dzwoni kierowca, który wiezie nasze lipienie. Przecież jest już po dziesiątej. Ja proponuję mu , aby wykonał telefon. Duszko dzwoni do właściciela , który sprzedał nam rybę. Okazuje się, że zepsuł się samochód, na którym znajdował się zbiornik z naszą rybą. Będziemy musieli się uzbroić w cierpliwość i jeszcze poczekać około jednej godziny. Zamawiamy więc gorącą herbatę, co niektórzy kawę i rozsiadamy się ponownie przy stole. Czas mija bardzo szybko. Opowiadamy sobie wspólnie przeżycia, które towarzyszyły nam podczas tegorocznych wypraw na ryby. I tak do godziny dwunastej dwadzieścia. Nagle odzywa się telefon Duszki. Dzwoni kierowca i informuje nas , że dojeżdża do umówionego miejsca i każe nam szybko się zbierać. Wszyscy udajemy się do samochodów i pojawiamy się na boisku. Kierowca podjeżdża najbliżej rzeki. W połowie Dunajca stoi muszkarz i bardzo sprawnie rzuca swoją dwuręczną muchówką. Łowi dokładnie w miejscu w którym po słowackiej stronie została złowiona ta duża ryba. Gdy się tak przyglądam, rozpoznaję naszego klubowicza- Andrzeja Kłosowskiego, upartego zawodnika. Woda zimna, pogoda w kratkę. A on sobie śmiga, nie zauważając mnie, kiedy podchodzę bardzo blisko i robię mu zdjęcie. Wracam do kolegów. Nasz kierowca bardzo sprawnie i szybko napełnia wiaderka półtora rocznym lipieniem, który ma powyżej 10cm. Niektóre sztuki są dość duże. Powoli wchodzimy do wody i na końcówce płani delikatnie nabieramy wody, aby ryby nie dostały szoku termicznego.
Gdy temperatura się wyrównuje, rybki powoli same wypływają i ustawiają się przed wiaderkiem, przyklejając się do dna. Będziemy musieli bardzo uważać, gdy będziemy wracać, aby żadnego nie nadepnąć. Jakie piękne. Na końcówce płani w rynnie stoją nasi dwaj koledzy - Wojtek i Rysiek. Rzucają pod słowacki brzeg, pewnie też chcą dorwać głowatkę. Nie przeszkadzam im. Szybko wsiadamy do samochodów i udajemy się w następne miejsce naszych zarybień. Akcja przeprowadzona jest bardzo sprawnie.
Rybki znikają w mgnieniu oka. W zbiorniku zostaje już końcówka. Planujemy , że te trafią poniżej czerwonej skały. Woda tam dobra, lipień lubi to miejsce. Tam też spotykamy naszych kolegów z klubu. Jak na razie nie mieli żadnego kontaktu z rybą. Gdy kończymy akcję zarybieniową, pomagamy jeszcze kierowcy , aby mógł wyjechać pod górkę. Tam składamy mu życzenia świąteczne, dziękujemy za wszystko i rozjeżdżamy się po rzece, aby jeszcze połowić do zmroku. Może uda się coś złowić. Pogoda przecież odpowiednia na rybę. Jednak aura zmienia się dość gwałtownie. Większość z nas jest już mocno zmarznięta i przewiana przez silny wiatr, więc postanawiamy, że wracamy do hotelu. W końcu nie zostało dużo czasu a trzeba się jeszcze wykąpać i przygotować na wigilię.
WIGILIA Z momentem pojawienia się na niebie pierwszej gwiazdki nad Polaną Sosny, w środku restauracji „Dwór”, rozległa się kolęda, śpiewana przez wszystkich zgromadzonych klubowiczów Krakowskiego Klubu Głowatka. W prawym rogu izby stała oświetlona choinka. Na stołach pięknie migotały świeczki. Atmosfera iście świąteczna. Przed podaniem pierwszego dania wigilijnego głos zabrał prezes klubu Zdzisław Adamczyk. W pierwszych słowach przywitał on licznie zgromadzonych przybyłych a następnie bardzo podziękował swoim kolegom z zarządu z którymi przez cały rok współpracował i realizował zadania klubu.
Następnie podziękował wszystkim klubowiczom. Życzył wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, dużo zdrowia, wiadomo dlaczego, przecież panują teraz te różne grypy, no i oczywiście dużej głowacicy. Następnie głos zabrał Andrzej Kłosowski , nasz skarbnik, który odczytał z Pisma Świętego Ewangelię ŚW Łukasza. Zapadła cisza. Wszyscy wsłuchiwali się w jego słowa na stojąco.
Było tak cicho, że od czasu do czasu było słychać odgłosy dochodzące z kuchni. Po zakończeniu odczytu wszyscy usiedli do stołów. Wtedy jeszcze raz zabrał głos nasz Prezes, który poprosił naszego klubowicza Roberta Jarosza o powstanie. Podziękował mu w obecności wszystkich za zasługi na rzecz klubu, a zasługi te, wierzcie mi, są duże, o czym nie wszyscy wiedzą. Następnie wręczył mu pięknie wykonaną przez Wojtka Łopatkę tubę skórzaną, w której znajdowała się wymarzona wędka na głowacice.
W momencie otrzymywania prezentu Robert mocno się wzruszył, odwrócił się w kierunku izby i podziękował wszystkim klubowiczom za zaufanie i oświadczył, że będzie starał się pracować jeszcze więcej na rzecz Klubu. Po jego wystąpieniu wszyscy zabrali się do degustacji wina, które czekało już na nas w kieliszkach. W pewnym momencie zaczęły pojawiać się pierwsze talerze, a na nich w piękny sposób, można by rzec, artystyczny, ułożone kawałki sandacza.
Danie to szybko zniknęło z naszych talerzy. Smakowało wybornie. Zresztą nie ma się czemu dziwić, dania w restauracji są przyrządzane naprawdę z wielką starannością i wizualnie już zaostrzają apetyt, nie mówiąc jak smakują. Jeszcze dobrze nie zebrano wszystkich talerzy, a już zaczęto podawać następne talerze, na których też znajdowały się ryby, ziemniaki, wkoło obtoczone kapustą z grochem, przypudrowane papryką.
Danie to też znalazło uznanie wśród naszych kolegów z klubu i szybko zniknęło w naszych żołądkach. Gdy tak siedzieliśmy przy stołach popijając winkiem , prowadząc koleżeńskie rozmowy , pojawili się nasi koledzy , którzy dostarczyli nam następne buteleczki z wybornie smakującym winem. Nagle w powietrzu po wszystkich izbach zaczął się unosić zapach duszonych jabłek z cynamonem. Już wkrótce jabłuszka te pięknie przystrojone polane czekoladą były na naszych stołach. Bardzo szybko zniknęły, a ich zapach jeszcze długo unosił się po wszystkich izbach. Duża grupa chciała załapać się na dokładkę, ale niestety nie wszystkim ta sztuka się udała.
Po konsumpcji co niektórzy udali się na zewnątrz, aby zaczerpnąć świeżego , górskiego powietrza i puścić sobie dymka. Większość czekająca wewnątrz nie mogła się doczekać świętego Mikołaja, który miał się pojawić lada moment z worem gwizdorem, w którym jak co roku znajdują się prezenty ofiarowane przez Klubowiczów. Prezenty te z rąk Mikołaja trafią tylko do grzecznych klubowiczów. Nagle w drzwiach pojawił się Święty Mikołaj i głośno śpiewając mniej więcej coś takiego „ Huhuhu hohoho huhuhu hohoho” . Przechodzi przez wszystkie izby i rozgląda się , najwyraźniej kogoś szukając. Przez lewe ramię przewieszony ma ogromny wór a w prawej ręce trzyma ogromną butelkę wina.
Zatrzymuje się, spogląda w stronę naszego Prezesa, podchodzi do niego i ofiarowuje mu winko, składając mu przy tym najlepsze życzenia na Nowy Rok. Duszko nie mógł ukryć wzruszenia. Święty Mikołaj mocno go przytulił i zaczął się rozglądać po izbie, szukając nowych osób, którym podaruje następne prezenty. Wierzcie mi , że rzadko kiedy się trafia, aby na tyle prezentów, ten sam podarunek trafił do właściciela. W tym roku taka sztuka się udała. Prezent ponownie wrócił do wora gwizdora, a Mikołaj mocno zamieszał i w jego rękach pojawił się nowy prezent. Co niektórzy musieli być bardzo ale to bardzo grzeczni, bo dostali dość duże paczki , ale przecież kto, jak nie Mikołaj, wie , komu co się należy pod koniec roku.
Sam byłem bardzo ciekawy i niecierpliwie czekałem na swoją kolej. W końcu Mikołaj podarował mi małe, złote pudełeczko, a w nim przepięknie wykonany wobler, Franka Palucha, który sprawił mi ogromną radość. Rozglądałem się też co dostali koledzy z klubu. Większość była bardzo zadowolona, co świadczy o tym , że koledzy w tym roku musieli być wyjątkowo grzeczni, skoro Święty Mikołaj tak dobrze ich obdarował. W pewnym momencie pojawiła się muzyka,były to najbardziej znane kolędy , które hulały we wszystkich izbach , od kuchni , aż po pierwsze piętro. W tym czasie większość z kolegów podziwiała nawzajem swoje prezenty. Co niektórzy byli bardzo ciekawi w czyje ręce trafiły ich paczki. Czas mijał i nadszedł w końcu długo oczekiwany moment, towarzyszący wigilijnej tradycji- łamanie się opłatkiem. Wszyscy sięgnęli po opłatki i ruszyli w głąb izby , aby wspólnie złożyć sobie życzenia świąteczne i na nowy rok. Często przy składaniu życzeń towarzyszyło temu wzruszenie. Przecież jesteśmy jak jedna wielka rodzina. Przez tyle lat mieliśmy okazję dobrze się poznać i znamy się jak łyse konie, wspomagamy się wzajemnie, wiemy o sobie prawie wszystko. Ten klub to coś więcej , to nie tylko wspólna pasja, wspólne podróże, wspólne biesiadowanie. To coś, co posiada nasz klub, docenia się szczególnie w dzisiejszych czasach, dlatego właśnie w tym roku obchodziliśmy szesnastą rocznicę wspólnych spotkań podczas Międzynarodowego Pucharu Głowatki. I miejmy nadzieję że tak będzie do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej
PLOTECZKI Po zakończeniu wigilii w „Dworze” , większość rozeszła się po pokojach, łącząc się w większe lub mniejsze grupy. W chacie spiskiej, w pokoju Wojtka Łopatki i Jaromira Malka odbywał się pokaz zorganizowany przez Wojtka Krasnopolskiego, na którym mogliśmy podziwiać piękne zdjęcia z jego ostatniej podróży do Kolumbii Brytyjskiej i cudowne ryby. Przy okazji mieliśmy szansę bardzo dokładnie ze szczegółami usłyszeć z jego ust wszystkie szczegóły towarzyszące tej wyprawie. Niektóre zdjęcia robiły naprawdę wrażenie, uczestnicy tego pokazu też nie oszczędzali Wojtka, co chwilę zadawali mu liczne pytania, na które bardzo szybko uzyskiwali odpowiedź. Następnie mogliśmy podziwiać naszych kolegów z klubu, którzy łowili sandacze na jeziorze Czorsztyńskim. Tutaj pałeczkę przejął Jacek, który był lektorem i ze szczegółami podkładał swój głos pod wizję. Atmosfera była naprawdę wspaniała , raczyliśmy się dość dobrymi napojami, na stole znajdowały się różnego rodzaju przysmaki, które znajdowały uznanie wśród naszych kolegów. Na koniec , gdy już udawaliśmy się do swoich pokoi, wpadliśmy na pomysł, aby do pokoju naszych kolegów wnieść wielką, drewnianą skrzynię, która stała pod schodami. I gdy skrzynia ta prawie była już w środku , postanowiliśmy , że darujemy sobie tej nocy żarty, wynieśliśmy ją z powrotem na swoje miejsce.
Przy okazji bardzo chciałbym przeprosić naszego czeskiego kolegę Jaromira, za to że nie pozwoliliśmy się wyspać. Biedaczek musiał tolerować naszą obecność w swoim pokoju. Szukał nawet wolnego miejsca, ale niestety wszystkie łóżka tego dnia były już zajęte. Miejmy nadzieję, że już nam wybaczyłeś, a jak nie to wybaczysz. W niedzielę przywitał nas mocny mróz , śnieg , po wspólnym śniadaniu większość z nas dość szybko wysprzątała swoje pokoje, spakowała ciuchy i ok. godz. 11 wyruszyła w drogę powrotną do domów.
Przy okazji postanowili też zakupić w Sromowcach prawdziwy , swojski chleb. Jadąc starą drogą poniżej Wodomierza, widzieliśmy kormorany, które miejmy nadzieję, nie zajadały się naszymi dzień wcześniej wpuszczonymi lipieniami. Na widok naszych samochodów szybko wzniosły się w powietrze i jeszcze przez chwilę krążyły w tym miejscu. Później odleciały w stronę jeziora. Na pewno jeszcze nie raz zawitają na Dunajec, szczególnie, gdy jezioro pokryje się taflą lodu. To właśnie na nim będzie ich jedyna stołówka, prawdopodobnie do wiosny. Co nieliczni klubowicze, jak Andrzej i Rysiu , postanowili jeszcze tego dnia połowić , widzieliśmy ich z okien naszego samochodu. Miejmy nadzieję, że rybki dopisały. Pozdrawiam serdecznie , wszystkiego najlepszego i do rychłego spotkania już na walnym.

Jacek Pawłowski
XVI MIEDZYNARODOWY PUCHAR „GŁOWATKI” w dn. 9-11.10.09

Jak co roku od szesnastu lat, nad Dunajec w Pieniny zjechali miłośnicy przygód wędkarskich z płetwą tłuszczową w tle. Tegoroczna impreza zgromadziła na starcie ponad dziewięćdziesięciu zawodników z Polski, Czech i Słowacji. Niektórzy przyjechali już kilka dni przed imprezą i pokazali, że termin zawodów wybrany jest bardzo dobrze, ryba bierze, tylko z nią wygrać trzeba. Oczekiwania zaś na brania „Główki” można sobie było umilić zabawą z lipieniami, które w wodach Dunajca znów występują licznie, zwłaszcza na odcinku specjalnym. Takich kolorów, jak te dunajeckie, nie mają chyba ryby z żadnej z naszych rzek lipieniowych, jak malowane, silne i cwane. W piątek doskonale zbierały sucharki, jednak stale padający deszcz zmienił tą sytuację i po jako takich braniach w sobotę, niedziela była już bardzo trudna, a wody Dunajca przybrały czekoladową barwę. Sobotni dzień rokował rybę i tytuł „Gazdy od Głowatek” zdawał się być pewnym dla któregoś z uczestników, jednak zabrakło kropki nad „i”. Jurkowi Haczykowi ryba ukręciła kółko od wobka, zaś Jacek Pawłowski, z którym łowiłem na OS-ie, miał kontakt z czterema rybami na muchę, jednak też bez sukcesu. Organizatorzy przygotowali dla zziębniętych i przemoczonych uczestników wiele dodatkowych atrakcji. Piątkowy, przywitalny wieczór uświetnił koncert zespołu pod batutą Bolesława Kozdronkiewicza ufundowany przez Janusza Pałkę, zaś doskonała kuchnia góralska hotelu „Pieniny” z kwaśnicą, prosiakiem i jagnięciem doskonale komponowała się z „Łącką Śliwowicą”. Zabawa trwała do późnej nocy. W sobotę, miało miejsce tradycyjnie już zarybienie wód Dunajca narybkiem głowacicy oraz jedną dużą, metrową rybą, zaś do wód zbiornika Czorsztna wpuszczono kilkaset dwuletnich troci jeziorowych. Po tej akcji na Polanie Sosny posłanka Katarzyna Matysik- Lipiec wraz z przedstawicielem Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi, dyrektorem Piterą uhonorowali najbardziej zasłużonych dla naszego wędkarstwa, zarówno członków „Głowatki”, jak i wieloletnich dziennikarzy pism wędkarskich medalami Ministra Rolnictwa. Wieczorem, po połowach odbyła się prezentacja wyników rocznej współpracy pomorskich Towarzystw Miłośników, Przyjaciół Rzek i PZW z Zachodniopomorskim Zarządem Melioracji i Urządzeń Wodnych oraz tradycyjna licytacja. Dzięki hojnym sponsorom organizatorzy zebrali ponad dwadzieścia tysięcy złotych, za które znów kupią narybek dla wód Dunajca i Popradu. Myliłby się jednak ten, kto sadzi, że tematyka rozmów dotyczyła głównie ryb. W kuluarach więcej czasu zajmowały tematy ekologii, ochrony dzikich jeszcze wód przed zakusami zabudowy. Wszystkich przerażają perspektywy budowy 36 progów na tej pięknej rzece. Już dziś istniejące w ogromnym stopniu utrudniają prawidłowe funkcjonowanie tego ekosystemu, zaś następne po prostu Dunajec zabiją. Cieszy coraz silniejszy opór i konsolidacja środowisk wędkarskich przeciwko dewastacji naszej przyrody dla realizacji partykularnych interesów cwaniaków skoligaconych ze środowiskami samorządowymi, lub, o zgrozo, wyższymi szczeblami władzy. Tylko zwarty szereg może dać tym zakusom odpór. Wyrazem będzie zorganizowana w listopadzie przez wędkarzy w całej Polsce manifestacja przeciwko zabudowie rzek. Impreza była doskonale zorganizowana, więc te trzy dni zleciały wszystkim jak mgnienie. Teraz pozostaje dziękować kolegom z „Głowatki” za wspaniały czas i czekać z niecierpliwością na następną edycję. Wielka pomocą dla zorganizowanie takiej imprezy jest hojny sponsoring. Lista darczyńców jest długa i to również cieszy.

Artur Furdyna

Serdecznie dziękujemy wszystkim sponsorom XVI Pucharu Głowatki: Przedsiębiorstwo Robót Komunikacyjnych PRK Kraków, Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjno Budowlanych KOMA-Mariusz Koładka, KORBUT sp. z o.o., SALMO Piotr Piskorski, Radosław Zaworski, ELEGANT, SPINWAL-Waldemar Grzeszykowsk, TAIMEN, GRAW-DRUK- Jacek Swornowski, NORMARK POLSKA, DESING FISHING, KONGER, KRISBUT, ROBINSON, RAF-MAR, JAXON-Andrzej Podeszwa, BALSAX, KENART, HI-MOUNTAIN, Mount sp. z o.o., FISHING-ART Krzysztof Zieliński, ELEKTROSTATYK, ANGEL SPORT, DAIWA POLSKA, MAX-Krzysztof Farecki, WĘDKARSKI ŚWIAT, ZEBCO POLSKA, SALIX ALBA Wojciech Łopatka, PAMA, DORADO, Palonek Janusz, Stanke Romuald, Tadeja Mirosława i Krzysztof, Brudziński Maciej, Poliszuk Gustaw, Borelowski Waldemar, Zarzyka Piotr, Michalski Darek, Tomana Zbigniew, Sikora Adam, Zacharczyk Karol, Haczyk Jerzy, Malek Jaromir, Pawłowski Jacek, Kruśina Jerzy, Tomanek Peter, Kłeczek Witold, Wróbel Henryk,

Copyright by twojewww.com
ostatnia aktualizacja 07.07.2010